Test czołówki Petzl Tikka
Ciemności nam niestraszne!
03 Luty 2017
Jesienna aura zachęca do zaopatrzenia się nie tylko w cieplejsze ubrania. Panujący zmrok za oknem, nie zawsze oświetlone ścieżki skłaniają do sięgnięcia po latarkę – czołówkę. Wszak nawet z leśnych szlaków wieczorną porą nie nie trzeba rezygnować. No chyba, że paraliżuje strach. Choć tak naprawdę nie ma się czego bać, a i można skorzystać z grupowych treningów.
Nocne wyprawy, treningi wykończyły nieco sprzętu do oświetlenia. Nauczyły też jakiego potrzeba. Na nierównej nawierzchni – jeden zły krok może zniweczyć długie przygotowania. O zmroku zdecydowanie o to łatwiej. Toteż dobrze, gdy światła jest na tyle, że widać korzenie czy też dziury czyhające pod nogami.
Dotychczasowe czołówki dawały radę. Zapewniały światło, ale ruszając głęboką nocą, czułam się bezpiecznie trzymając jeszcze jedną latarkę w ręku. Jak i ze wszystkim w bieganiu, skoro wieczorno-nocne wypady wkręciły mnie na dobre, zaczęłam poszukiwać czegoś, co dałoby większy komfort. Podobnie jak z butami.
Początkowo nie zawsze szukasz najlepszych. Z czasem jednak poznając biegowy świat zaczynasz się zagłębiać w tę tematykę. Inwestując. Nie inaczej jest z czołówkami.
Miewałam latarki z dyskontów za kilka złotych. Zakładałam na głowę i ruszałam przed siebie. Do czasu aż odkryłam, że za mocno skupiam się na trasie. Wytężam wzrok. Choć wcale nie jest to konieczne. Producenci prześcigają się w technologiach dających coraz większą swobodę biegu. Zaczęłam rozglądać się za czymś co spełni moje wymagania. Ostatecznie skusiłam się na dość popularną Petzl Tikka.
Wg zapewnień producenta wybrany model z maksymalną mocą świecenia 80 lm i ekonomiczną – 20 lm (lumen, to jednostka miary strumienia świetlnego). Ta pierwsza z zasięgiem ok. 40 m, zaś druga – 20 m. Wydawała się być wystarczająca na różne sportowe wyprawy. I taka też jest. Choć owszem, na biegi górskie można zainwestować w większą ilość światła jeśli ktoś chce czuć bezpieczniej.
Jednak nie trzeba od razu oświetlać całego lasu. Być może następnym razem rozważyłabym opcję ponad 100 lm. Nie mniej jak wspomniałam i 80 też wystarczyło. Na takie ścieżki jak Trójmiejski Park Krajobrazowy czy rejony Beskidu Sądeckiego. Co prawda zdarzyło się z raz czy dwa, że przy gęstych zaroślach, czułam, że potrzeba by czegoś o większej mocy.
Często większe „czołowe latarnie” wiążą się z wagą. Wymagają dodatkowego zasobnika umieszczonego z tyłu głowy. Tym samym dodatkowego paska poprzecznego. To druga cecha, która stała się dla mnie wytyczną w wyborze.
Tikka waży 85 g (z bateriami). Nie jest praktycznie odczuwalna na głowie. I nie posiada wspomnianego pasa. Mogę spokojnie związać włosy do ramion w kitka czy warkocza bez żadnego dyskomfortu. Do tego mieści się w dłoni i nie ma problemu ze schowaniem jej nawet do kieszeni.
Zaś jeśli chodzi o długość działania, producent podaje: 20 lm – 180 godz. i 80 lm – 120 godz. W zupełności starcza. Zasilana jest trzeba bateriami AAA.
Dobrze trzyma się na głowie. Nie przekręca czy luzuje na podejściach i zbiegach. Obudowa wykonana z polimeru gwarantuje wodoodporność. Wychodzi na to, że jeszcze razem pobiegamy.