Buty adidas Energy Boost
19 maja 2016
Biegowy OOTR (dla nieobytych z szafiarską nomenklaturą– Outfit Of The Run). Kochana! Wakacje się skończyły i czas przestać się oszukiwać – dodatkowe trzy kilogramy to nie opalenizna.
Cóż lepiej zmotywuje niż nowy strój? Chciałam przyłożyć się bardzo i napisać naukową recenzję butów biegowych. W tym celu zamierzałam użyć tych wszystkich słów, których znaczenia w bieganiu nie rozumiem - drop, pronacja, czołówka i inne. Nie wyszło.

Po pierwsze - na nogi załóż Adidas Energy Boost 2.

Tak jak w przypadku pierwszych Energy Boostów, jednoelementowa cholewka miło opina stopę. I uwaga (werbel) "dwójki" są szersze. Nic nie uciska! Nawet jeżeli masz wyższe podbicie, nic nie sprawi, że stopa zsinieje po czym spróbuje odpaść i uciec.
Uczucie "skarpetki" trochę mniejsze niż w przypadku "jedynek" ale jest – miły, wygodny but. Zintegrowany język nie gniecie, nie roluje się jak na wizycie u logopedy. Wentylacja bez zastrzeżeń. Lekkie i wygodne.
Amortyzacja pozwala biegać w nich długie wybiegania. Prawdziwi biegacze mówią w internetach, że Energy Boost 2 to but na tyle uniwersalny, że robią w nich nawet treningi w tempie 3'30 min/km.
Nie potrafię się do tego ustosunkować, gdyż tylko raz osiągnęłam takie prędkości biegnąc do toalety po popiciu surówki z kiszonej kapusty dużą latte. Niewiele pamiętam ale biegłam chyba w japonkach.

I jeszcze jedno. Od pewnego czasu producent butów, którego nazwa zaczyna się na 19 literę alfabetu przestał produkować obuwie z dziurką na przyspieszeniomierz zwany potocznie pastylką, co spowodowało lament wśród użytkowników i powszechne oburzenie. A adidasy dziurkę mają! Ha! I pasuje!
Mogę więc biegać nawet wtedy, gdy zasięg zegarka firmy na literkę N jest kijowy. Pastylka mierzy wszystko.