Artykuły, recenzje, testy

Hokaina - Hoka ATR Challenger

  3 lutego 2017

 

Wyobraźcie sobie, że Lemmy Kilmister puka do nieba bram. Święty Piotr nie wie, co to ten Motörhead i co to za wąsacz, więc prosi, by mu ktoś wytłumaczył. Na pomoc przychodzi Bogusław Kaczyński...

 

Pamiętacie? To ten pan co w telewizji PRL-u opowiadał o ariach operowych i jarał się gruzińskimi wykonaniami Wesela Figara. A Lemmy? Lemmy to dla niego piekło w czystej postaci. Jedyne co mają wspólnego to to, że obaj nie żyją. 

 

Dziś ja jestem tym wypomadowanym typem w garniturze i opowiem Wam o wąsatej legendzie speed metalu. Z całą dozą uprzedzeń, preferencji, pokrzywionych gustów. Leżą przede mną bowiem buty, które godzą w moją wizję biegania górskiego tak, że na trzeźwo nie chciałem w nich biegać. A to przecież nie jest najgrubszy but z oferty Hoka One One. To nie jest najczarniejszy szatan, jaki mógł się trafić.

 

                 zdjęcie: Krzysztof Dołęgowski

Hoka ATR Challenger ma 31 mm pianki pod palcami, 26 pod piętą. Waży nieco ponad 280 g. Pokryto go przewiewną siatką. I przeznaczono na szlaki. Wedle mojego gustu jest o jakiś centymetr za gruby, bieżnik jest za płytki, a siatkę należałoby wymienić na jakiś kawał kuloodpornego nylonu. Bo zwykłem biegać poza szlakami, po kamieniach i liściach. Do tego reprezentuję markę Inov-8, która produkuje buty skrajnie odmienne od tego, co oferuje Hoka.

 

Jedziemy!

Najprościej byłoby się obrazić i nie znaleźć w nich nic sensownego. Ale przecież to nieuczciwe zakładać, że w tak szybko rozwijającej się firmie jak Hoka pracują sami debile. Tak się nie da. Coś tu musi być specjalnego, skoro szosowe modele Hoki stanowiły 5,8% na tegorocznym maratonie w Los Angeles (niewiele mniej niż New Balance i więcej niż Adidas). Nawet Salomon zdecycował się wypuścić na rynek parę modeli maksymalistycznych.

 

Idea jest taka – cała ta przerośnięta konstrukcja wynika z założenia, że bieganie przypomina nieco jazdę na rowerze górskim. A tam im trudniejszy teren, tym grubsze zakłada się opony. Ich zadaniem jest pochłanianie nierówności. I łagodzenie toru jazdy. Pianka jest lekka i miękka, dzięki czemu waga nie rośnie w sposób monstrualny. Do tego zastosowano niższy drop niż w szosówkach czy tradycyjnych modelach trailowych i dodatkowo ścięto nieco piankę z tyłu. W ten sposób zachowuje się część poprawnej techniki biegowej, nie łupie piętą o ziemię.

 

Stabilność

Aby jednak zachować stabilność tak wysokiego buta, trzeba było go poszerzyć i obudować nieco pianką po bokach – by stopa na nierównościach nie chciała wyjechać z cienkiej cholewki. Traci się również elastyczność i możliwość zaangażowania rozcięgna podeszwowego jako napędu.

Kiedy posłać je do piekła

To są oczywiście niuanse. Nikt nie udowodnił, że mocniejsza praca łydki w czasie biegu ultra przekłada się w jakikolwiek sposób na wynik. Gdy ruszyłem na łatwy szlak, czułem jak przyjemnie ugina się konstrukcja. Hoka to zdecydowane kanapy. Wygłuszają niewielkie nierówności jak nauszniki hałas. I przez dużą część treningu było fajnie. Na wąskich stopach cholewka dobrze się ułożyła i nie przemieszczała.

 

Bieżnik trzymał nieźle (postawiłbym mu czwórkę, gdybym uczył w gimnazjum). Wagi nie czuć za mocno. Na spokojne rozbieganie w tempie 5–6 min/km jak znalazł. Gdy pojawiło się trochę drobnych kamieni – rzeczywiście zauważyłem, że mogę się mniej skupiać na tym, gdzie stawiać nogi niż w moich ulubionych minimalistycznych x-talonach 200. Dodatkowe 13 mm pianki odwalało dobrą robotę. Niestety problemy pojawiły się, gdy kamienie urosły, szlak gdzieś znikł, a ja postanowiłem puścić się stromo w dół. Wówczas warstwa pianki nadal amortyzowała, ale stała się dziwnym ciałem obcym, którego nie mogłem kontrolować.

 

Wyższe położenie pięty sprawiło, że dźwignie działające na kostkę się wydłużyły i trudniej było mi zastabilizować nogę na zbiegu. Serio! Po raz pierwszy od dawna miałem zakwasy w mięśniach stabilizujących stopę. Zdarzyło mi się też dwa razy podwinąć kostkę na szczególnie technicznych „rympałach”. Może to kwestia braku adaptacji do nietypowego dla mnie buta, ale fizyka jest tu nieubłagana – jeśli podniesiesz kostkę do góry, będzie się łatwiej skręcać i poszerzanie buta niewiele pomoże. Nie bez powodu w Tatrach śmiejemy się z ludzi na obcasach. Dodatkowo wszelkie problemy biomechaniczne zostają w grubych butach uwypuklone. Jeśli pronujesz – w tym sprzęcie będziesz pronował jeszcze bardziej, więc pojawia się ryzyko kontuzji.

 

Pozostaje też kwestia trwałości pianki. Zwykle po 300–400 km już widać odkształcenia i uklepanie (wiem, bo robiłem takie badania na modelach szosowych). Sam zrobiłem w hokach tylko 80 km, więc ta cecha to tylko przypuszczenia.


Kiedy je hołubić

Ale, ale... nie każdy w drodze do sklepu po mleko zalicza zbieg o nachyleniu 30%, a wiele startów w ultra wymusza na zawodnikach (o ile są rozsądni), że w ogóle nie będą przekraczać lekkiego truchtu. Bieg 7 Dolin dla przykładu, pokonywany w 14 godzin to bardzo dobre poletko dla takich poduszkowców, podobnie jak łagodne szlaki UTMB pod zawodnikiem nastawiającym się na czas powyżej 30 godzin. Sprawdzą się też na wycieczkach biegowych i najdłuższych wybieganiach w czasie przygotowań do ultra.

 


Na mój (wypaczony) gust jest to but do zadań specjalnych. Długodystansowiec, którego szkoda drzeć po krzakach i maczać w błocie. To nie będzie dobre ani dla obuwia ani dla jego właściciela. Hoka sprawdzi się za to na najdłuższych treningach i startach. Jeśli szukasz szybkości, jeśli szukasz stabilności – zapomnij.

Krzysztof Dołęgowski
Test udostępnił Kingrunner ULTRA

 

Ocena: 3.7